Nunataq
środa, 30 listopada 2016
poniedziałek, 31 października 2016
We are revolution radio
Ostatnie
lata nie były łatwe dla zespołu – fanom nie przypadła do gustu trylogia Uno!,
Dos! I Tre!, wokalista Billie Joe Armstrong walczył z narkotykami, a basista
Mike Dirnt i perkusista Tre Cool borykali się z problemami rodzinnymi.
Nowa
płyta przynosi fanom powrót do Green Daya z pierwszej dekady XXI wieku. W
przeciwieństwie do trylogii Uno!, Dos! I Tre!, która, jak zespół ostatnio
przyznał, była pisana bez przekazu i głównie dla samego faktu wydania płyty,
nowe piosenki znów są inspirowane realiami Stanów Zjednoczonych, sytuacją
polityczną i życiowymi doświadczeniami muzyków. Bang Bang nawiązuje do przeżyć sprawców
strzelanin w USA („I’m a semiautomatic lonely boy/You’re dead/I’m vell fed”), Outlaws
to wspomnienie buntowniczej młodości Dirnta i Armstronga, a Troubled Times opowiada
o Stanach Zjednoczonych na skraju katastrofy, w trudnych czasach – o takich,
jakie, zdaniem zespołu, są teraz.
Śmiało
można powiedzieć, że piosenki na Revolution Radio łączą w sobie cechy
poprzednich albumów zespołu. Cichy, spokojny i skupiający się głównie na partii
wokalnej początek Somewhere Now w dużym stopniu przypomina stylem Song of the
Century – pierwszy utwór na 21st Century Breakdown. Kolejna pozycja,
będąca zarazem pierwszym singlem z płyty – Bang Bang za sprawą szybkiego tempa
i mocnych uderzeń kojarzy się z Green Dayem z lat 90-tych ubiegłego wieku,
natomiast krótkie, urywane wersy brzmią jak te w St. Jimmy z American Idiot. Piosenka
tytułowa brzmieniem spokojnie wpasowałaby się na 21st Century Breakdown. Tak
samo jak album Nimrod kończy Good Riddance, Revolution Radio również zamyka melancholijny,
spokojny utwór wykonywany jedynie na gitarze akustycznej – Ordinary World.
Po ostatnim występie na AMAs zespół spotkał się z krytyką niektórych internautów
czwartek, 29 września 2016
Gdy telefon jedzie na wakacje
Ludziom od
zawsze towarzyszyła chęć poznania świata, odkrywania nowych miejsc. Dzisiaj w
rozwiniętych krajach ciężko byłoby znaleźć osobę, która nigdy nie opuściła
swojej rodzinnej miejscowości. W mediach społecznościowych pełno jest zdjęć z
Egiptu, Grecji, Turcji, Włoch… Ja też od najmłodszych lat podróżuję, zbieram
doświadczenia, obserwuję ludzi. Zauważyłam, że w dobie szybkiego rozwoju
technologia zmienia wszystko, nawet turystykę. Jednak to, na jaką skalę to
zachodzi i jak odwraca uwagę ludzi od tego, co najważniejsze, boleśnie
uświadomiły mi ferie zimowe spędzone w Barcelonie…
Sagrada Familia to symbol
Barcelony, a co za tym idzie – centrum ruchu turystycznego. Wewnątrz i wokół
świątyni pełno Azjatów z różnorodnym sprzętem elektronicznym. Pierwsze, drugie,
piętnaste zdjęcie wyjątkowych kolumn, Fasada Narodzenia też obfotografowana. Z
ilu z tych fotografii zostanie coś więcej niż zbędne megabajty wypełnionej
pamięci najnowszego iPhone’a? Kilkanaście zostanie pokazane znajomym, dwa –
może trzy – trafią na Instagrama.
Gdy
czytam tablicę informacyjną, obok stają turystki z Korei – zaczynają pokazywać
sobie zrobione chwilę wcześniej zdjęcia – komentują, przybliżają, edytują. Ale
czy któraś z nich zauważa, że oto słońce wyszło zza chmur i jego promienie
wpadające do świątyni przez kolorowe witraże stworzyły magiczną różnobarwną
poświatę? Czy tego przechodzącego kilka metrów dalej młodego mężczyznę z
obojętnym wyrazem twarzy nie bolą oczy od ciągłego wpatrywania się w ekran
wielkiego iPada? Patrzę w drugą stronę na rzędy ławek i siedzące w nich turystki.
Mają w uszach słuchawki od audio guide’a i z otwartymi z zachwytu ustami
przyglądają się budowli. Uśmiecham się pod nosem i przyłączam do nich.
Siedzimy w jednej z wielu
okolicznych knajpek serwujących tapas. Przy stoliku obok młoda dziewczyna
misternie układa kompozycję talerzy z zamówionymi przekąskami. Zerkam na
obrazkowe menu i z zaskoczeniem stwierdzam, że kosztowały one więcej niż porcje
dla całej mojej czteroosobowej rodziny. Po piętnastominutowej mini sesji
zdjęciowej kobieta najwyraźniej jest zadowolona z efektów i zaczyna jeść. Paelę
ma już zimną.
Gdy wracamy do apartamentu po
całym dniu zwiedzania, następuje wieczorna rutyna. Brat bawi się pamiątką, mama
szykuje kolację, a ja z tatą rozkładamy mapę i planujemy trasę na jutro.
Łączymy się z Internetem i kupujemy bilety wstępu, żeby nie stać w kolejkach, a
na forach turystycznych szukamy rad, jak najtaniej i najszybciej dojechać do kościoła
na szczycie wzgórza Tibidabo. Gdy wszystko jest już ustalone, siadamy wszyscy
razem i przeglądamy zdjęcia. Wyszły idealnie – nie za dużo, nie za mało,
przemyślane, zrobione tam, gdzie trzeba. Do dzisiaj z wielką przyjemnością je
oglądam.
Rodzice nauczyli mnie, jak
rozsądnie korzystać z tego, co daje nam rozwój technologii – chciałabym, żeby
każdy taką wiedzę posiadał.
Gdy kilka miesięcy później jadę do Paryża,
przekonuję się, jak przydatne są ich rady. Sprawdzam w Internecie informacje o
zabytkach, a gdy podczas spacerów po mieście inni próbują znaleźć coś na
zacinających się mapach google, ja rozkładam mapę papierową i ciekawa nowych
miejsc idę przed siebie wyznaczoną trasą, a aparat wisi mi na szyi, gotowy do uwiecznienia niesamowitych budowli.
Wracam bogatsza o nową
wiedzę, niesamowite przeżycia i dobre zdjęcia. Wysłużona mapa, z którą wiąże
się tyle wspomnień, zawisa na ścianie. Czas planować nową wyprawę!
φ
Zdjęcia własne
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)