Ludziom od
zawsze towarzyszyła chęć poznania świata, odkrywania nowych miejsc. Dzisiaj w
rozwiniętych krajach ciężko byłoby znaleźć osobę, która nigdy nie opuściła
swojej rodzinnej miejscowości. W mediach społecznościowych pełno jest zdjęć z
Egiptu, Grecji, Turcji, Włoch… Ja też od najmłodszych lat podróżuję, zbieram
doświadczenia, obserwuję ludzi. Zauważyłam, że w dobie szybkiego rozwoju
technologia zmienia wszystko, nawet turystykę. Jednak to, na jaką skalę to
zachodzi i jak odwraca uwagę ludzi od tego, co najważniejsze, boleśnie
uświadomiły mi ferie zimowe spędzone w Barcelonie…
Sagrada Familia to symbol
Barcelony, a co za tym idzie – centrum ruchu turystycznego. Wewnątrz i wokół
świątyni pełno Azjatów z różnorodnym sprzętem elektronicznym. Pierwsze, drugie,
piętnaste zdjęcie wyjątkowych kolumn, Fasada Narodzenia też obfotografowana. Z
ilu z tych fotografii zostanie coś więcej niż zbędne megabajty wypełnionej
pamięci najnowszego iPhone’a? Kilkanaście zostanie pokazane znajomym, dwa –
może trzy – trafią na Instagrama.
Gdy
czytam tablicę informacyjną, obok stają turystki z Korei – zaczynają pokazywać
sobie zrobione chwilę wcześniej zdjęcia – komentują, przybliżają, edytują. Ale
czy któraś z nich zauważa, że oto słońce wyszło zza chmur i jego promienie
wpadające do świątyni przez kolorowe witraże stworzyły magiczną różnobarwną
poświatę? Czy tego przechodzącego kilka metrów dalej młodego mężczyznę z
obojętnym wyrazem twarzy nie bolą oczy od ciągłego wpatrywania się w ekran
wielkiego iPada? Patrzę w drugą stronę na rzędy ławek i siedzące w nich turystki.
Mają w uszach słuchawki od audio guide’a i z otwartymi z zachwytu ustami
przyglądają się budowli. Uśmiecham się pod nosem i przyłączam do nich.
Siedzimy w jednej z wielu
okolicznych knajpek serwujących tapas. Przy stoliku obok młoda dziewczyna
misternie układa kompozycję talerzy z zamówionymi przekąskami. Zerkam na
obrazkowe menu i z zaskoczeniem stwierdzam, że kosztowały one więcej niż porcje
dla całej mojej czteroosobowej rodziny. Po piętnastominutowej mini sesji
zdjęciowej kobieta najwyraźniej jest zadowolona z efektów i zaczyna jeść. Paelę
ma już zimną.
Gdy wracamy do apartamentu po
całym dniu zwiedzania, następuje wieczorna rutyna. Brat bawi się pamiątką, mama
szykuje kolację, a ja z tatą rozkładamy mapę i planujemy trasę na jutro.
Łączymy się z Internetem i kupujemy bilety wstępu, żeby nie stać w kolejkach, a
na forach turystycznych szukamy rad, jak najtaniej i najszybciej dojechać do kościoła
na szczycie wzgórza Tibidabo. Gdy wszystko jest już ustalone, siadamy wszyscy
razem i przeglądamy zdjęcia. Wyszły idealnie – nie za dużo, nie za mało,
przemyślane, zrobione tam, gdzie trzeba. Do dzisiaj z wielką przyjemnością je
oglądam.
Rodzice nauczyli mnie, jak
rozsądnie korzystać z tego, co daje nam rozwój technologii – chciałabym, żeby
każdy taką wiedzę posiadał.
Gdy kilka miesięcy później jadę do Paryża,
przekonuję się, jak przydatne są ich rady. Sprawdzam w Internecie informacje o
zabytkach, a gdy podczas spacerów po mieście inni próbują znaleźć coś na
zacinających się mapach google, ja rozkładam mapę papierową i ciekawa nowych
miejsc idę przed siebie wyznaczoną trasą, a aparat wisi mi na szyi, gotowy do uwiecznienia niesamowitych budowli.
Wracam bogatsza o nową
wiedzę, niesamowite przeżycia i dobre zdjęcia. Wysłużona mapa, z którą wiąże
się tyle wspomnień, zawisa na ścianie. Czas planować nową wyprawę!
φ
Zdjęcia własne
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz